wtorek, 20 października 2009
Cezarea Nadmorska
Cezarea Nadmorska, Cezarea Palestyńska, Caesarea Palestina, Caesarea Maritima, Caesarea Stratonis, Stratonis Turris, obecnie osada Kajsarije, to miasto portowe w Palestynie nad Morzem Śródziemnym, założone 37-34 p.n.e. przez króla Judei Heroda I Wielkiego na terenie dawnej osady helleńskiej, zwanej Wieżą Stratona, a ku czci Oktawiana Augusta, adoptowanego syna Cezara, nazwane Cezareą.
Na północnym wybrzeżu Judei brakowało naturalnego portu głębokowodnego i dlatego Herod wybudował go od zera w Cezarei, używając przy wznoszeniu ogromnych fundamentów nowatorskiej techniki z zastosowaniem potężnych kamiennych bloków.
Cezarea była siedzibą rzymskich prokuratorów Judei i Samarii oraz przez prawie 600 lat Cezarea stolicą rzymskiej prowincji Judei. Cesarz Wespazjan podniósł miasto do rangi kolonii rzymskiej z tytułem Colonia Primo Flavia Augusta Caesariensis. Za panowania Aleksandra Sewera miastu nadano nazwę Metropolis Provinciae Syriae Palestinae. Cezarea wymieniana jest często w źródłach starożytnych, a dokładnie została opisana przez Józefa Flawiusza w „Dawnych dziejach Izraela" i „Wojnie żydowskiej". Ośrodek hellenizmu w hebrajskiej Palestynie. Punkt oparcia Rzymian w czasie wojny żydowskiej (66-70). Jeden z głównych ośrodków starożytnego chrześcijaństwa, związany z działalnością apostołów Piotra i Pawła (więzionego tu 2 lata).
Około 231 w Cezarei Nadmorskiej przebywał filozof i teolog Orygenes, który założył tu szkołę filozoficzną. Z Cezarei Nadmorskiej pochodzili historycy Euzebiusz (biskup Cezarei) i Prokopiusz. Za czasów swej świetności miasto było jednym z wielkich portów handlowych Cesarstwa Rzymskiego. Cezarea straciła na znaczeniu w okresie panowania bizantyjskiego i arabskiego. W czasie wypraw krzyżowych przeżyła gwałtowny upadek, a w roku1256 została całkowicie zburzona. Z uwagi na rozmiary miasta w wyniku dotychczasowych wykopalisk udało się odsłonić jedynie niewielką jego część. Do dziś zachowały się ruiny budowli rzymskich (hipodrom, amfiteatr na 3500 miejsc, akwedukt z II w., domy z mozaikami) i bizantyjskich (V-VI w.), ruiny synagogi, mury miejskie z bramą i resztki katedry z czasów wypraw krzyżowych (XIII w.).
Ruiny Cezarei są rozległe i tylko częściowo odkryte i przebadane. Na dzieje miasta nakładają się pozostałości czterech epok: rzymskiej, bizantyńskiej, arabskiej i krucjat. Najuboższe są arabskie, prawie niewidoczne. Bo Arabowie we wczesnym etapie swego rozwoju, kiedy opanowali miasto w roku 640, nie byli jeszcze ludem cywilizacji miejskiej, lecz pustyń.
Cywilizacja – w tym wypadku bizantyńska – nie upadła pod wpływem uderzenia z zewnątrz, lecz na skutek utraty motywacji do jej pielęgnowania. Tak się właśnie stało po najeździe Arabów, którzy w VII wieku zniszczyli wschodnie prowincje Bizancjum i zahamowali wspaniale kwitnące chrześcijaństwo na Wschodzie.
Niektórzy uważają, że Bizancjum narodziło się nie tylko w Konstantynopolu, dokąd w roku 330 Konstantyn przeniósł się ze swoim dworem z Wiecznego Miasta, ale i w Cezarei. W tym drugim przypadku dlatego, że zamieszkały tam biskup, pisarz i historyk, Euzebiusz, stworzył dla Bizancjum doktrynę: jak Chrystus panuje w niebie, tak z woli Boga ziemską władzę dzierży Konstantyn, pierwszy cesarz chrześcijański. A po nim – jego następcy. Doktryna ta obowiązywała na chrześcijańskim Wschodzie aż do upadku Konstantynopola w roku 1453, które to zdarzenie przyniosło ostateczny kres trwaniu ponad tysiącletniego cesarstwa chrześcijańskiego.
Tak intensywny rozwój Cezarei nastąpił nie w okresie rzymskim, lecz w bizantyńskim i obejmował trzysta lat, aż do owej złowróżbnej daty, roku 640. Miasto mogło liczyć podówczas nawet sto tysięcy mieszkańców, stając w rzędzie największych skupisk ludzkich w basenie Morza Śródziemnego.
W pierścieniu nowych murów, znacznie rozleglejszych aniżeli rzymskie, zamknięto lawinowo powstające dzielnice. Dobudowano kolejny akwedukt, funkcjonowały stare termy, zakładano nowe, budowano wspaniałe wille, po których pozostały przecudne posadzki mozaikowe, odkrywane niekiedy na terenie okolicznych kibuców, daleko od centrum miasta. Pogańskie świątynie rozebrano. Na ich miejscu wystawiono kościoły, bardzo liczne, skoro samych martyriów było aż dziewięć.
Na sztucznie usypanej przez Heroda Wielkiego platformie, gdzie wznosiła się najwspanialsza świątynia rzymska Romy i Augusta, stanął teraz ogromny kościół św. Prokopiusza, lokalnego męczennika, opiekuna i patrona miasta. Jego kult był tak powszechny w Cezarei, iż noworodkom nadawano jego imię: Prokopiusz i Prokopia, w zależności od płci dziecka.
Euzebiusz opisał męczeństwo tego chrześcijanina podczas ostatniego prześladowania za panowania Dioklecjana, a na Wschodzie – Maksymina. Najsroższe bowiem prześladowania miały miejsce właśnie w Cezarei, w której odsetek ludności chrześcijańskiej był najwyższy w całej rzymskiej Palestynie.

Geneza chrześcijaństwa sięga czasów apostolskich, samych Piotra i Pawła, ale także Filipa, który niejako wyspecjalizował się w nauczaniu ludności greckiej z miast nadmorskich, w tym Cezarei. W pierwszych dekadach III wieku przeniósł się tu z Aleksandrii prześladowany straszliwie za Decjusza w roku 251 sam wielki Orygenes, założyciel sławnej biblioteki, wzbogacanej później przez Pamfiliusza, ale głównie przez Euzebiusza z Cezarei.
środa, 14 października 2009
Rio Cueiras
W poniedziałek o 5.30 w Novo Airão świat zaczyna budzić się z nocnego odpoczynku. Delikatnie światło poranka zwycięża nad ciemnością nocy. Z każdej strony słychać głosy wskazujące, że zaczyna się kolejny zwyczajny dzień. Od strony Rio Negro słychać odgłosy pojedynczych silników wprawiających w ruch małe łódki. Kogut pianiem obwieszcza narodzenie się nowego dnia. Brzęk garnków i zapach parzonej kawy zwiastuje śniadanie dla wielu rodzin.
Na zielonej w żółte pasy mieszkalnej barce „Jabuti” trwa niecodzienny ruch. Wraz z jej właścicielką Ellitą za chwile wyruszę, aby zapoznać się z Rio Cueiras. Silnik już się rozgrzewa. Ostatnie czujne spojrzenie Ellity na mechanizm i wyposażenie i już można odwiązywać linę cumowniczą. Rozpoczyna się sześciodniowa przygoda. Po chwili wschodzące słońce nagradza nam trud wczesnego wstania. Czerwona tarcza słońca wznosi się nad rezerwatem archipelagu wysp Anavilhanas ukazując nam wspaniałość barw, którą cieszyć się mogą ci, którzy z samego rana gotowi są wstać do swoich zajęć. Przed nami 18 godzin podróży.
„Jabuti” to były pełnomorski jacht o aluminiowym kadłubie, który po wielu przygodach zamienił żagiel na silnik i po przeróbkach, dokonanych własnoręcznie przez Ellitę, stał się wygodnym pływającym domem. Zamiana żagla na silnik pozwoliła na spokojne pokonywanie rzek amazońskich, jednak, jako nieprzystosowana do takiego typu napędu, łódka przemierza Rio Negro z „szaloną” prędkością siedmiu węzłów.
Celem naszej podróży jest zobaczenie dzikiej puszczy amazońskiej nad brzegami rzeki Cueiras. Mamy nadzieję zobaczyć żółwie, które w tym okresie składają jaja oraz, królujące wśród węży, anakondy. Z założenia, mimo sporej ilości zapasów, jedziemy „na biedaka” czyli będziemy żywić się tym, co znajdziemy w puszczy amazońskiej. Nie łudzimy się i nie liczymy na znalezienie owoców, które mogłyby zaspokoić nasz głód - tych po prostu nie ma w dziko rosnącej puszczy. Mamy jednak spinning i ogromną ochotę na świeżą rybkę, np. tukunare upieczoną na plaży czy usmażoną na patelni.
Pierwsze siedem godzin płyniemy wśród niezliczonych wysp z archipelagu Anavilhanas. Mimo że mamy już koniec września, jeszcze jest dużo wody w rzece. Każdego roku amazońskie rzeki od grudnia do końca lipca przybierają o 10 – 15 metrów, aby następnie w okresie suszy oddać zbyt duży zapas wody. W niektórych miejscach pokazują się piękne plaże, jednak płynąc wówczas trzeba bardziej uważać na mielizny i wystające pnie zalanych drzew, zderzenie z którymi może poważnie uszkodzić statek. Co jakiś czas słodkowodne delfiny, zaczerpując powietrza, spoglądają z zaciekawieniem na nas, tak jakby chciały zapytać dokąd zmierzamy.
Za nami został archipelag wysp - jak twierdzą Brazylijczycy, jest to największy na świecie archipelag wysp na słodkowodnej wodzie. Wpływamy do rzeki Cueiras.
Po lewej stronie mijamy osadę Indian Kambega. Osada rozczaruje wszystkich, którzy myślą o dziko mieszkających Indianach, z opaską wokół bioder, z łukiem w ręku i malunkiem na twarzy polujących wśród amazońskiej puszczy. Przed nami wyłaniają się stojące na palach drewniane domki, przykryte blachą. Wśród budynków wielkością wyróżnia się szkoła oraz ośrodek zdrowia. To owoc rządowych projektów zapewniających wykształcenie i opiekę zdrowotną. W tych osadach wykształceni Indianie zatrudnieni na etacie nauczyciela uczą dzieci w szkole podstawowej. Również wykształcone Indianki, pielęgniarki, troszczą się o zdrowie swoich współplemieńców.
Im dalej wpływamy w rzekę Cueiras, tym jej koryto staje się coraz bardziej wąskie, kręte i zarośnięte drzewami.
Od czasu do czasu mijamy Indian, którzy na małych łódkach, napędzanych popularnymi w Amazonii silnikami zwanymi „rabeta”, udają się na połów ryb albo w odwiedziny do sąsiednich osad. „Rabeta” to ekonomiczny silnik spalinowy z długim ogonem, na końcu którego znajduje się śruba okrętowa - ogon to po portugalsku „rabo”, stąd popularna nazwa „rabeta” dla tego typu silnika.
Coraz częściej mijamy wystające z wody pnie drzew, które tworzą piękny widok starego, zniszczonego lasu. Wpływamy do igarape Escondido - tutaj przenocujemy. Stojące wśród wystających z wody suchych pni drzew Escondido przygotowało dla nas wspaniałe przyjęcie. Zachód słońca w absolutnej ciszy to nagroda za całodniową podróż. Niebo co chwila zmienia swoją barwę. Wszystkie odcienie czerwieni ukazują się przed naszymi oczami. Po chwili jednak widowisko kończy się i ogarnia nas nieprzenikniona ciemność.
Jest szósta po południu. Puszcza budzi się do życia. Odzywają się różne gatunki żab i chrząszczy. Wspaniały koncert nie trwa jednak w nieskończoność. Nagle zalega cisza i po chwili słychać tylko nawoływania ptaków. Później w nocy rozpoczyna się kolejny żabi koncert - to inny gatunek przypomina o swoim istnieniu. Noc w puszczy to doświadczenie różnorodnych głosów, które budzą się do życia o określonej porze. Ci, którzy mają troszkę doświadczenia spania w puszczy, potrafią na podstawie odgłosów określić, która jest godzina. Zaskoczeniem jest brak stworzonek typu komary, które swoim istnieniem potrafią przerodzić w piekło niejedną noc. Nie trzeba używać moskitiery, aby mieć spokojną noc wśród nocnego puszczańskiego koncertu.
Wraz z nadejściem świtu, o 6 rano, koncert ptaków zachęca nas do podjęcia wyzwań kolejnego dnia przygody. Aromat ciepłej kawy budzi nas z resztek snu. Ruszamy w górę rzeki Cueiras. Prąd jest silny, ale nasz statek, dzięki sternikowi, dzielnie daje sobie radę, wymijając pnie wystające z wody. Słodkowodne delfiny towarzyszą naszej podróży. Motyle w kolorach tęczy tańcem wskazują nam na piękno, jakie otwiera przed nami Amazonia. Mijamy ostatni domek z rzadka spotykanych mieszkańców. Po trzech godzinach docieramy do celu naszej podróży. Mimo że poziom wody, jak na tę porę roku jest wysoki i plaże jeszcze nie ukazały się w całej swojej okazałości, zgodnie z planem zatrzymujemy się przy igarape do Tucunare.
Zaraz po zacumowaniu udajemy się motorówką na poszukiwanie śladów obecności żółwi i anakond. Rozpoczynamy krótką, lądową, część naszej przygody. Przedzierając się wśród traw i krzaków szukamy śladów żółwiej obecności. Trzeba uważać na długie, ostre kolce niektórych palm. Niepozorną, a ostrą jak brzytwa, trawę zdolną przeciąć skórę. Spoceni po dłuższym poszukiwaniu dajemy za wygraną. Jutro rano znowu będziemy próbować naszych sił.
W drodze powrotnej, jako że płynęliśmy wiosłując, udało nam się zaskoczyć naszych sąsiadów. Czteroosobowa rodzina wydr bawiła się w najlepsze kiedy wracaliśmy na „Jabuti”. Najmłodsi z rodziny wychodzili na stromy brzeg i zjeżdżali do wody. Starsi bawili się z nimi w wodzie. Po pewnym czasie zostaliśmy zauważeni. Groźne parsknięcia i szczerzenia zębów miały nam pokazać, że to terytorium jest już zajęte i mamy poszukać sobie innego miejsca. Spokojnie przepłynęliśmy obok wydr i udaliśmy się do naszej barki.
Kolejny dzień to ponowne poszukiwanie żółwi i węży. Niestety, na naszej drodze spotkaliśmy tylko wiele miejsc, gdzie już dawno temu żółwie złożyły jaja - często zostały wyjęte przez różne stworzenia . Rozrzucone skorupy pokazywały nam ślady bytności wielu zwolenników żółwich jaj. Nie udało nam się spotkać też żadnej anakondy. Wiele miejsc gdzie miały swoje gniazda i drogi, które przemierzały utwierdziły nas w przekonaniu, że w tym roku zbyt późno przybyliśmy.
Kiedy koło godziny 9.00 słońce zaczęło mocniej prażyć, rozpoczęliśmy naszą wyprawę w górę Rio Cueiras, aż do Rio Branquinho. Piękna wyprawa, podczas której, mimo dużej ilości wścibskich muszek, udało się zaobserwować wiele ptaków wodnych i złowić tucunare.



Płynąc wśród powalonych konarów zbliżając się do wysokich drzew dało się słyszeć niesamowity hałas. To piękne niebiesko żółte papugi araras przypominały że one tutaj są królami.

Nocna wyprawa na poszukiwanie zwierzyny również nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Wysoka woda sprawiła, że żaden przedstawiciel dzikiej zwierzyny nie zechciał przy nas zejść, aby napić się wody. Jedynie błyszczące w świetle oczy krokodyli przypominały, że w każdym miejscu Amazonii, aby zdobyć pożywienie trzeba się namęczyć.
Mimo częściowych niepowodzeń, gdyż nie udało się nam zobaczyć żółwi ani węży, wyprawa była wspaniała. Obcowanie z naturą, kompletna cisza przerywana tylko śpiewem ptaków i wrzaskiem papug jest nie do opisania. Cudowne potrawy ze świeżych ryb, zjadane w cudownym klimacie Amazońskich nastrojów, nie mają sobie równych w żadnej restauracji. Niestety nasza przygoda nie mogła trwać wiecznie. Żal było opuszczać piękną Rio Cueiras, jednak obowiązki wzywały.
Etykiety:
amazonia,
Anavilhanas,
Artur Karbowy,
Brazylia,
busz,
Cueiras,
Ellita,
łowienie,
przyroda,
Rio Cueiras,
Rio Negro,
ryba,
tunucare,
wydra,
wydry
środa, 7 października 2009
VI Światowe Spotkanie Rodzin w Meksyku
Jest 8.15 rano w mieście Meksyk. Słońce chce zabłysnąć nad największym miastem Ameryki Łacińskiej, jednak chmury na to nie pozwalają. Drobny deszcz spada na region Santa Fe na wschodzie stolicy Meksyku i powoduje, że temperatura spada do 6 stopni. Jest zimno, ale nie w budynku Expo Bancomer, gdzie w ramach VI Światowego Spotkania Rodzin odbywa się Kongres Teologiczno-Pastoralny.
Temperatury w środku nie można mierzyć za pomocą termometrów. Ciepło braterskiego spotkania przezwycięża każdy chłód. Z każdą chwilą centrum wystawowe Expo Bancomer zapełnia się. Nie ma dzwonu, który wzywa na Msze Święte, ale 10 tysięcy uczestników kongresu wie, że o 8.30 w jednej z sal mają spotkanie z Bogiem, Miłującym Ojcem, który oczekuje ich na Eucharystii, przy stole Wieczerzy Pańskiej, gdzie każdy jest mile widziany i nikt nie czuje się obco.
Chodząc po ogromnych korytarzach centrum wystawowego spotyka się twarze o wszelkich kolorach: białe, czarne, żółte...; różne twarze, ale z tym samym wyrazem radości na każdej z nich. W tym miejscu ... ...spotkało się, jak podają organizatorzy, dziesięć tysięcy osób z 98 krajów. Obok przedstawicieli rodzin spotyka się ich duszpasterzy, w tym 30 kardynałów i ponad 200 biskupów. Nasuwa się porównanie, że takie spotkanie to prawdziwa Wieża Babel – to jednak tylko złudzenie, bo to Nowa Pięćdziesiątnica, gdyż Duch Święty dał każdemu umiejętność zrozumienia drugiego: gesty miłości, uśmiech, sygnały sympatii wyrażane w różnych językach, które nie zawsze można zrozumieć, przeobrażają się w swoisty dialog.
Mimo tych drobnych trudności każdy uczestnik kongresu czuje, że tworzy żywy Kościół, a możliwość spotkania z innymi kulturami pomaga w zrozumieniu powszechności Kościoła. „Teraz rozumiem, co to znaczy powszechność” – mówi Laura z Ekwadoru, podnosząc głos wśród nieustającego zgiełku, wywoływanego głosami tysięcy osób przemierzających korytarze. „Dlaczego tu jestem? Ponieważ kocham moją rodzinę, ponieważ rodzina jest tego warta” – mówi młody Brazylijczyk, kiedy pytam o powód jego uczestnictwa w Spotkaniu. 
Wszyscy przyjechali, aby uczestniczyć w Kongresie, podczas którego specjaliści z całego świata nie tyle podają gotowe recepty na poprawienie kondycji rodziny czy szczęśliwe życie, ile ukazują niebezpieczeństwa jakie mogą zagrażać każdej rodzinie na świecie.
Podczas otwarcia kongresu prezydent Stanów Zjednoczonych Meksyku Felipe Calderon Hinojosa podkreślił, że „upadek wartości rodzinnych prowadzi do narastania problemów społecznych i wzrostu przestępczości”. Przechadzając się po budynku, widzi się wiele grup narodowościowych, wiele w tradycyjnych strojach, inne z flagami narodowymi, co powoduje, że dostrzega się prawdziwość światowego spotkania. Zakonnice, klerycy ze wszystkich stron świata wypowiadają świadectwo swojego powołania, które narodziło się w rodzinie.

Niespodziewanie delegacja z Kuby ściąga na siebie uwagę wielu osób. Przez wiele lat mieszkańcy wyspy mieli ogromne trudności w czynnym uczestnictwie w życiu Kościoła, toteż dziś mała, lecz pełna optymizmu delegacja witana jest z ogromnym zainteresowaniem. „Zdjęcie, zdjęcie” – proszą niektórzy. I bracia z Kuby, tak jakby to ćwiczyli wielokrotnie, ustawiają się, aby zrealizować prośbę. „Odwagi bracia, Chrystus jest drogą” – słychać głos skierowany w ich stronę.
Być może całość zakończyłaby się publiczną manifestacją poparcia dla Kubańczyków, gdyby nie silny głos: „Tam idzie Matka Boża z Guadalupe!”. Zarówno na korytarzach, jak i w sali obrad, gdzie prowadzący przyjmują obraz Matki z Guadalupe, uczestnicy kongresu z ogromną radością, z oklaskami witają Maryję. Spontanicznie rozpoczyna się śpiew: „Desde el cielo, uma hermosa manana...”, tak często słyszany w sanktuarium w Guadalupe. Można odnieść wrażenie, że w tym miejscu zgromadziło się dziesięć tysięcy osób szalonych: szalonych z miłości, szalonych dla Chrystusa, szalonych dla Madonny z Tepeyac. Taki klimat odczuwa się w każdym momencie. Zaczynają się wykłady i uczestnicy w ciszy starają się naśladować Matkę Bożą, zachowując w sercu to wszystko, co usłyszeli, aby później móc podzielić się tym z braćmi i siostrami w swoich krajach.
W trakcie obrad kongresu wiele znakomitości ze świata nauki, duchowości, przedstawicieli rodzin ukazywało wartość tradycyjnego modelu rodziny złożonej z ojca, matki i dzieci. Uczestnicy omawiali problemy, jakie napotykają rodziny oraz sytuację rodzin niepełnych. Z ogromną wiarą zauważa się, że każdy problem można rozwiązać i że najważniejsza jest zaufanie Bogu i siła rodzinnego spotkania.
Ojciec Raniero Cantalamessa, kaznodzieja Domu Papieskiego, podkreślił, że nie wystarczy bronić chrześcijańskiego ideału małżeństwa i rodziny. Według niego najważniejszy jest spoczywający na wyznawcach Chrystusa obowiązek życia tym ideałem w pełni i promowania go we współczesnym świecie „bardziej przez czyny niż słowa”.
Przewodniczący Papieskiej Rady ds. Świeckich, kardynał Stanisław Ryłko, wskazał na parafie, ruchy i stowarzyszenia prorodzinne jako organizmy, które pomagają Kościołowi w formowaniu wartości rodzinnych.Maria Smereczyńska, która reprezentowała Polską Federację Rodzin Katolickich, wskazała na obowiązki państwa względem rodziny, przestrzegając przed myleniem prawdziwej polityki prorodzinnej, pozwalającej rodzinie jak najlepiej wypełniać swoje zadania, z polityką „państwa opiekuńczego”, gdyż rodzina nie jest problemem, który należy rozwiązać, lecz wartością, którą należy wspierać.
Mijały godziny a klimat spotkania nie zmieniał się – wykłady, wspólne posiłki, przerwy z czasem na rozmowę, uczestnictwo w przedstawieniach artystycznych, adoracja Najświętszego Sakramentu, spowiedź... wszystko w atmosferze wzajemnej życzliwości i zaangażowania.
Mimo fizycznej nieobecności papieża Benedykta XVI odczuwało się jego obecność wśród uczestników spotkania. Pięć tysięcy zdjęć utworzyło „mozaikę rodzinną” – portret Benedykta XVI, na który składały się zdjęcia rodzin z całego świata. Dwa razy Ojciec Święty bezpośrednio przemawiał do uczestników: poprzez nagranie video i na zakończenie spotkania podczas bezpośredniego połączenia z Watykanem. „Rodzina jest w sercu papieża” – podkreślił Ojciec Święty i zapewnił o swojej modlitwie w intencji rodzin całego świata, zawierzając je Matce Bożej z Guadalupe, aby „kroczyły drogą świętości”. Podkreślił, że „rodzina jest niezastąpionym fundamentem społeczeństwa i dobrem dla dzieci, godnych postrzegać życie jako owoc miłości i całkowitego oddania ze strony rodziców”. Rodzina ma pierwsze miejsce w wychowaniu dzieci. Jest szkołą wartości ludzkich.
Prawdziwa wolność człowieka polega na byciu stworzonym na obraz i podobieństwo Boże, z tego powodu człowiek winien działać z odpowiedzialnością, wybierając zawsze dobro, aby mógł żyć w miłości. Aby tak się stało, bardziej niż teoretycznych rozważań, potrzeba współżycia w miłości, którą może dać tylko wspólnota rodzinna. Jest to jedyne miejsce, gdzie można nauczyć się prawdziwie przeżywać wartości: życia, zdrowia, wolności, pokoju, sprawiedliwości, prawdy, pracy, zgody i respektu. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba świadectwa i publicznego zaangażowania wszystkich ochrzczonych, aby potwierdzić godność i wartość rodziny, oraz nierozerwalnego małżeństwa, w którym kobieta jest gotowa na przyjęcie nowego życia.
Podsumowując kongres prymas Meksyku, kardynał Norberto Rivera Carrea, stwierdził, że „w tych dniach było bardzo łatwo zauważyć, że Kościół nie jest przeciwko nikomu, tylko za prawem zaproponowania każdemu Ewangelii rodziny i życia”.
Każdego dnia, między 14 a 17 stycznia 2009 roku, po zakończeniu aktywności kongresowiczów korytarze cichną, sale pustoszeją, gasną światła i mrok wypełnia centrum wystawowe. Jednak w sercach uczestników kongresu wyczuwa się obecność braci, obecność Boga. Ideał rodziny, motyw spotkania daje siłę, aby wrócić do codzienności. Wśród licznych owoców spotkania najważniejszy jest ten, że wszyscy czują się jedną rodzina, rodziną Bożą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)