czwartek, 17 czerwca 2010

Pachacamac

Peru to taki kraj, w którym na każdym kroku spotykamy miejsca związane ze starożytna kulturą. Ruiny z poszczególnych epok przeplatają się ze sobą. Po krótkim czasie czujemy się znużeni ciągłym oglądaniem ruin, które mimo że są bardzo podobne do siebie stanowią źródło zachwytu dla archeologów i historyków. Jednak jeśli przebywamy w Limie i już zwiedziliśmy to, co każdy turysta powinien zobaczyć w stolicy Peru, warto wybrać się na wycieczkę do Pachacamac.

Piętrowy, otwarty na górze, autobus odjeżdżający z centrum miasta zabierze nas na wycieczkę do oddalonego od centrum miasta o około 30 km ruin kultowego dla Peruwiańczyków miejsca zwanego Pachacamac. Trasę tą warto również przebyć dla widoków, które mamy po drodze. Z wysokości piętra autobusu widzimy zwykłą Limę: pełną normalnego ulicznego życia, faveli, biedoty, daleką od turystycznego życia miasta.

Pachacamac to leżący na wybrzeżu Oceanu Spokojnego cel religijnych pielgrzymek mieszkańców starożytnego Peru. W tym miejscu bogate dary w złocie, srebrze, pięknej ceramice i misternych tkaninach były składane bogu Pacha Kamaqa. Tutaj była również ważna wyrocznia.

Kompleks jest ogromny. Zwiedza się go przejeżdżając autobusem z jednego punktu na drugi i ciągle widzi się ekipy archeologów i … murarzy.

Wiele budynków, np. Accla Huasi (Dom Wybranych Kobiet) zostało zrekonstruowanych. Wykorzystując zachowane starożytne fragmenty murarze dobudowują pozostałe. Obecnie można podziwiać dziedzińce, baseny, sale ceremonialne i pomieszczenia codziennego użytku. 

Najlepiej zachowanym starożytnym budynkiem jest świątynia Słońca. To piramida schodkowa o wysokości 39,6 m. Składa się z pięciu tarasów, połączonych schodkami, które prowadzą na szczyt piramidy. Najdłuższa ściana boczna ma 215 m długości. Pierwotnie ściany i kamienne tarasy były pomalowane ochrą na ciemnoczerwony kolor.

Mury świątyni Słońca zostały ozdobione „blankami”. Zostały wybudowane z cegieł adobe. Pomiędzy nimi doskonale widać otaczający Pachacamac płaski, pustynny teren i Ocean Spokojny.

Do świątyni prowadzą dwa wejścia – jedno przeznaczone dla służby i drugie dla kapłanów i ważnych gości. Z pewnością w tym miejscu liczni pielgrzymi z całego kraju tłoczyli się, aby złożyć ofiarę bogu. Dziś tylko archeolodzy, wycieczki szkolne i nieliczni turyści zakłócają spokój tego miejsca.

Świątynia Słońca została wybudowana na polecenie Tupac Inca Yupanqui około roku 1460. Plac Pielgrzymów to płaska czworokątna powierzchnia o długości 550 m i szerokości 65 m. Znajduje się w dolnej części Świątyni Słońca.

W centralnej części placu widoczne są pozostałości kolumn wykonanych z cegieł adobe. Podtrzymywały one niegdyś sklepienie chroniące pielgrzymów przed światłem słonecznym.

W północnej części placu znajdowały się pomieszczenia, w których przechowywano ofiary dla bóstw oraz zbiorniki wody.

Plac został wytyczony przez Inków w celu kontrolowania ruchu pielgrzymów podążających w kierunku świątyni. Do świątyni wpuszczani byli jedynie ci pielgrzymi, którzy odbyli wcześniej post na placu. Według hiszpańskich kronik, aby wejść na pierwszy taras świątyni trzeba było pościć przez tydzień, na drugi – przez miesiąc, zaś na najwyższy poziom wpuszczani byli jedynie pielgrzymi, którzy odbyli roczny post na placu.

W 1966 r. kompleks archeologiczny Pachacamac został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Z powodu braku źródeł pisanych bardzo trudno przedstawić historię kompleksu. Według danych zebranych przez archeologów miasto rozwijało się począwszy od wczesnego okresu przejściowego (1–700 po Chrystusie) aż do przybycia Doveru hiszpańskich konkwistadorów. 

Pachacamac to przykład rozwoju miejscowej kultury Lima. Uważa się, że początkowo w skład kompleksu wchodziła co najmniej jedna piramida z freskiem przedstawiającym rybę, symbol Pacha Kamaqa oraz cmentarz.

Pacha Kamaq to, zgodnie ze starożytnymi peruwiańskimi wierzeniami bóstwo stwórcze, wyobrażane w postaci ryby. Jest głównym bohaterem mitu kreacyjnego o stworzeniu pokarmu w postaci warzyw i owoców, które wyrosły z poćwiartowanych przez Pacha Kamaqa kawałków ciała syna „pierwszej kobiety” narzekającej, że bóg nie zaopatrzył jej oraz męża (umarł z głodu) w żywność. Mszcząc się na Pacha Kamaqu, drugi syn kobiety, Wicham, zapędził go do morza, gdzie Pacha Kamaq zamienił się w rybę.

Najszybszy rozwój ośrodka nastąpił w czasie panowania Huari (lata 600 – 800). Wtedy również zaczął pełnić funkcję ośrodka administracyjnego.


Po upadku imperium Huari Pachacamac dalej rozwijało się jako niezależne centrum religijne. Przed przybyciem Inków na okolicznych terenach istniało szereg małych państewek, które uznawały Pachacamac za najważniejsze centrum religijne.


Inkowie włączyli ten obszar do swojego imperium, ale pozwolili na niezależne funkcjonowanie sanktuarium oraz włączyli Pacha Kamaq do inkaskiego panteonu.


Na terenie Pachacamac odnaleziono pozostałości piętnastu piramid z rampami. W dobrym stanie zachowały się trzy spośród nich. Piramidy zostały wzniesione w późnym okresie przejściowym. Pełniły funkcje administracyjne.



Malowany Gmach został wybudowany około 800 roku, w czasie panowania kultury Huari, na miejscu starszej świątyni bogini Urpihucahac – żony Pacha Kamaqa – wzniesionej przez kulturę Lima. Pełnił funkcję siedziby wyroczni.



czwartek, 10 czerwca 2010

Miasto Meksyk

Miasto Meksyk to jedna z największych metropolii świata. Rozciąga się na obszarze wysokogórskiej doliny. Stanowi wizerunek całego kraju.
Meksyk leży na wysokości 2500 m n.p.m. - czyli jakbyśmy mieszkali na Rysach. Ta ogromna metropolia tętni życiem. Miejscami zachwyca, miejscami przytłacza. Miasto jest piękne, ma swój klimat, fascynuje, ale również przypomina o nędzy, przeludnieniu. Liczba mieszkańców miasta Meksyk oceniana jest na od 22 do 30 milionów - proszę sobie wyobrazić ¾ ludności Polski mieszkającej w jednym mieście.
Meksyk to miasto kolonialnych pałaców, słynnych na cały świat zabytków, hałaśliwych ulic, spokojnych placów, zielonych parków, wspaniałych nowoczesnych dzielnic, rozległych slumsów, połączenia tradycji z nowoczesnością i wspaniałej pikantnej kuchni.
Muzeum antropologiczne, Coyoacan, San Angelo, plac katedralny, Guadelupe, pałac wicekróla to tylko niektóre miejsca z obowiązkowych punktów w zwiedzaniu stolicy Meksyku.
Kto udaje się do Meksyku zawsze pojawi się w okolicach stacji metra Zocalo – kursujące co dwie minuty metro jest najlepszym środkiem lokomocji w tym mieście - aby zobaczyć historyczne centrum z ogromnym Placem Katedralnym, nad którym powiewa największa flaga Meksyku.
Na placu znajduje się katedra, budowana przez 16 architektów przez ponad 200 lat - warto zobaczyć w niej barokowy Ołtarz Królów. Katedra, z dwiema wysokimi wieżami po bokach i wieżą zegarową na środku, zbudowana została na wzór hiszpańskich katedr w Toledo i Granadzie. Z czasem doświadczała zniszczeń i była wielokrotnie przebudowywana, co widać gołym okiem.
Wygląda tak, jakby ktoś postanowił dobudować do bocznej ściany tej ogromnej katedry mniejszy kościół, stykający się z nią ścianami, jest to Sagrario Metropolitano czyli zakrystia.
Wnętrze przy wejściu zapiera dech - potężne łuki i kopuła, a wszystko to przepięknie zdobione.
Ciekawa jest podłoga - wyglądała jakby ktoś zrobił pod ziemią podkop i część ziemi zapadła się. Troszkę nienaturalnie wyglądają konfesjonały, stojące pod dziwnym kątem i pochylone w różne strony. Z sufitu zwisa ogromna poziomica - duży stożek na linie, a na kamieniach na ziemi wygrawerowane są miejsca, w których w danych latach był pion! Widać, że katedra „nieźle pracowała”, bo odchyły są nieprawdopodobne i trudno uwierzyć, że stoi cała. To nie tylko skutek osunięć, trzęsień ziemi, ale i wybudowania katedry na dnie wysuszonego jeziora, które ciągle się obniża.
W sąsiedztwie katedry wznosi się ogromny Pałac Narodowy – siedziba Prezydenta kraju. Na pałacu w latach trzydziestych ubiegłego wieku Diego Rivera namalował historię kraju, pokazując zwyczaje Indian, hiszpańską kolonizacje i walkę o niepodległość. Zdobywca Meksyku, Cortez, przedstawiony jest jak krzywonogi, wymęczony alkoholem i chorobami pokraka.
Obok znajduje się Plac Republiki, zbudowany na ruinach azteckiego miasta Tenochtitlan, gdzie dźwięk śpiewów kościelnych łączy się w dźwiękiem azteckich tańców. Na rogu tego placu widoczne są ruiny Temple Mayor – Wielkiej Świątyni Azteków zamienionej w muzeum. Przy tej samej ulicy zobaczymy siedzibę władz Meksyku i Banamexu, czołowej instytucji finansowej kraju.
Centrum miasta Meksyk ma szerokie ulice. Podziwiam kierowców, bo naprawdę nieraz trudno się połapać w która stronę jechać i na sporej liczbie rond samochody przy zielonym świetle rozjeżdżają się na wszystkie strony.
Wysokie krawężniki – naprawdę wysokie, często sięgające do kolan – sprawiają, że nie ma na dziko zaparkowanych samochodów. Zielono-białe taksówki zapraszają do przejażdżki i doświadczenia przyjemności korków w największej metropolii świata. Dla zwolenników staroci to jedna z nielicznych okazji, żeby przejechać się starym modelem garbusa.
Centrum miasta i pływające ogrody - trzcinowe łodzie, na których Indianie już od czasów prekolumbijskich hodują rośliny – Xochimilco, dom i pracownia architekta Luisa Barragana, kampus uniwersytecki przy „Narodowym Autonomicznym Uniwersytecie Meksyku" zostały wpisane na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Miasto Meksyk zostało założone w 1522 roku przez hiszpańskich kolonizatorów na gruzach stolicy państwa Azteków Tenochtitlan. Aztekowie przybyli do rejonu Doliny Meksykańskiej w XIII w. Według legendy założyli Tenochtitlan („Miejsce Najwyższego Kapłana Tenocha"), gdyż po długiej wędrówce znaleźli znak od boga Huitzilopochtli: orła z wężem trzymanym w szponach siedzącego na kaktusie.

W momencie przybycia Hiszpanów w 1519 r., z Hermanem Cortesem na czele, Tenochtitlan liczyło około 100 tysięcy mieszkańców. Po okresie zaciętych walk z Hiszpanami i długotrwałym oblężeniu większa część mieszkańców zmarła w wyniku głodu, walk i chorób. Cortes, po opanowaniu miasta w 1521 roku, nakazał jego zrównanie z ziemią - w tym miejscu miał powstać nowy ośrodek miejski. Centrum nowo wybudowanego miasta zajęli znaczniejsi konkwistadorzy, natomiast pokonani Indianie, pełniący służebną rolę, zamieszkali na peryferiach.
W 1522 r. Meksyk otrzymał prawa miejskie. Uznana została także jego rada miejska. Wkrótce stało się największym miastem w Nowej Hiszpanii, z jurysdykcją administracyjną obejmującą tereny sięgające od Panamy do Kalifornii.
Podczas dyktatorskich rządów Porfirio Diaza Meksyk został przebudowany na modłę ówczesnego Paryża. Typowe dla architektury tego okresu są: Pałac Sztuk Pięknych i budynek poczty.
W latach 30 powstały pierwsze drapacze chmur, które jednak, ze względu na trzęsienia ziemi, nie mogą osiągnąć oszałamiających rozmiarów.
Szeroka Avenida Insurgentem pokazuje piękno nowoczesnych budynków, a rozstawione na niej różnych kształtów ławeczki zachęcają do odpoczynku.


Turystyczną atrakcją jest Plaza Garibaldi. Przez całą noc grają tu dziesiątki „mariachi", czyli tradycyjnych meksykańskich grajków, u których za kilka peset można zamówić wykonanie ulubionej melodii. Choć jednocześnie w wielu miejscach placu rozbrzmiewa różna muzyka, nikomu to nie przeszkadza. Uliczni sprzedawcy rozlewają do plastykowych kubków wyciągniętą zza pazuchy tequillę. Inni oferują kapelusze i wyroby miejscowego rękodzieła.

Meksykańska kuchnia mimo przerażającej na pierwszy rzut oka dużej ilości papryki jest niesamowita. Można rozkoszować się tacos, papryką i wszelkimi przyprawami nie myśląc o tym jak są ostre, ale o tym jak dobrze smakują.
Na ulicach kwitnie miejski folklor - z natężeniem i fantazją, jakiej nigdzie jeszcze nie widziałem. Na przykład gość, który wbiega na czerwonym świetle na skrzyżowanie, rozkłada drabinkę, wbiega na nią i żongluje. Potem zbiega, zbiera pieniądze i składa drabinę (w tej kolejności - to ważne, drabina hamuje potencjalnych klientów przed salwowaniem się ucieczką). Dla mnie rewelacja. A jaka sprawność artysty! Podobno na życzenie zdąży wydać rachunek VAT-owski...

Po kilku minutach można zrozumieć, skąd wzięło się powiedzenie „Ale Meksyk!”...

piątek, 4 czerwca 2010

Morze Martwe

Morze Martwe, a tak właściwie to nie morze, tylko duże jezioro położone na terytorium Izraela i Jordanii, leży w najgłębszej depresji świata. Jest najniżej położonym i najbardziej zasolonym jeziorem na Ziemi. Jego powierzchnia znajduje się 392 m p.p.m., a dno jeszcze 398 m niżej.

Zwyczajna woda morska zawiera około 3,5 % soli. W Morzu Martwym jest jej siedem razy tyle (ok. 26%). Nie wypływa z niego żadna rzeka, a jedyna, jaka zasila jego wody, to Jordan. Do tego, by leżeć na wodzie i czytać gazetę, nie potrzeba dmuchanego materaca. Morze Martwe jest tak słone, że bez trudu unosi na powierzchni nawet największych grubasów.

Zawartość w wodzie i powietrzu wielu minerałów powoduje, że od dziesięcioleci przybywają w jego okolicę - po urodę i zdrowie - turyści z całego świata. Woda ma kolor ciemnoniebieski, jest bardzo spokojna i tak zasolona, że niemożliwe jest utonięcie w niej lub pływanie.

Kiedy zanurzymy jedną rękę, druga wynurzy się na powierzchnię. Jeżeli chcemy zanurzyć się, musimy stopniowo pochylać się, aż do momentu, kiedy będziemy płasko leżeć.

Kilkanaście tysięcy lat temu poziom wody Morza Martwego był tak wysoki, że łączyło się ono z leżącym 100 km na północ Jeziorem Tyberiadzkim. Później, w wyniku intensywnego parowania wody, skurczyło się do obecnych rozmiarów.

Jordańskie kąpieliska nad Morzem Martwym są ledwo co zagospodarowane i nie umywają się do tych w Izraelu. Jeśli ktoś zdecyduje się na kąpiel winien poszukać jakiegoś miejsca z prysznicem, żeby móc natychmiast po kąpieli zmyć z siebie nieprzyjemną skorupę soli.

Kamieniste dno utrudnia wejście do wody. Trzeba stąpać bardzo powoli, by nie przewrócić się, wygramolenie się z wody nie jest wcale proste, bowiem ma ona taką wyporność, że człowiek zachowuje się jak korek.

Najlepiej po zanurzeniu do kolan delikatnie kłaść się na powierzchni i wtedy bez problemu woda unosi nas jak papierową łódkę. Gdy jednak wykonamy nieskoordynowane ruchy, możemy stracić równowagę i obrócić się twarzą do dna, co nie jest zbyt przyjemne. Nie dość, że trudno powrócić do wyjściowej pozycji, to jeszcze oczy przeraźliwie szczypią. Trzeba natychmiast poszukać prysznica z wodą i dokładnie je przemyć.

Nie należy absolutnie wchodzić do wody, gdy na ciele są jakieś choćby niewielkie ranki. Możemy bowiem odczuć, na czym polegały średniowieczne tortury polegające na posypywaniu otwartych ran solą...

Mimo wszystko kąpiel w Morzu Martwym to niezapomniana przygoda, o której potem długo się opowiada.

Morze Martwe, po hebrajsku Yam HaMelah (morze soli) ma około 65 km długości i do 18 km szerokości. W ciągu wieków przylegały do niego różne nazwy: Cuchnące Morze, Diabelskie Morze czy też Jezioro Asfaltowe. Poziom wód co roku obniża się mniej więcej o metr.

Naturalną równowagę zakłóciło stworzenie przez Izrael systemu nawadniającego zasilanego przez rzekę Jordan. Za przykładem Izraela poszła Jordania, która zrealizowała podobny projekt na rzece Yarmuk. Obydwa przedsięwzięcia pozbawiają zbiornik 600 mln metrów sześciennych wody rocznie, co doprowadziło do niemal całkowitego wyschnięcia południowego basenu i skrócenie zbiornika o ponad 25 km.

Chociaż rzeka Jordan oraz wiele źródeł i strumieni codziennie doprowadza do zbiornika ok. 4 mln ton słodkiej wody, to parowanie w palącym słońcu (latem temperatury osiągają tu do 55o C) powoduje, że nigdy nie dochodzi do rozcieńczenia gęstej słonej wody, której prawie jedna czwarta to substancje rozpuszczone, głównie sól kuchenna, jak również chlorek magnezu, związki potasu, wapnia.

W średniowieczu wierzono, że ptaki nie przelatują nam Morzem Martwym, ponieważ powietrze nad jeziorem jest pełne trujących oparów. Prawdziwym powodem ich nieobecności jest brak pokarmu. Trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek rybę żyjącą w środowisku, w którym zamiast wodnych roślin wyrastają solne słupy.

Kto jednak sądzi, że w wodzie tej nie ma żadnego życia, ten się myli. Naukowcy odkryli tu 11 gatunków bakterii, którym służy słone środowisko.

Powodem wielkiej popularności Morza Martwego są korzystne właściwości wody i powietrza. Woda zawiera 20 razy więcej bromu, 15 razy więcej magnezu i 10 razy więcej jodu niż woda morska. Brom działa kojąco na układ nerwowy, magnez przeciwdziała alergiom skórnym i oczyszcza oskrzela, a jod ma korzystny wpływ na funkcjonowanie pewnych gruczołów.

Powietrze nad jeziorem jest wyjątkowo suche, temperatura jest niezmiennie wysoka. Z powodu depresji powietrze zawiera o 10 % więcej tlenu, a brak miast i przemysłu decyduje o jego czystości. Wszystko to przyspiesza metabolizm i działa regenerująco i uodparniająco. Z niezwykłych właściwości zdawano sobie sprawę już w IV wieku p.n.e. Nabatejczycy z morskiej zawiesiny robili środek do balsamowania zwłok i sprzedawali go Egipcjanom.

Dziś najpopularniejsze są okłady z mułu, którym poddają się prawie wszyscy przebywający nad jeziorem. Błoto, które możemy kupić także w naszych drogeriach, rozsmarowuje się na ciele i z takim „makijażem” spaceruje się, aż do jego wyschnięcia. Potem wystarczy kąpiel w słonej wodzie i prysznic. Nasze ciało po „mineralnej bombie” jest jędrne i gładkie.


Troszkę dalej od plaży można spotkaċ radosne muzułmańskie dziewczyny, których ubrania ze skutecznością zasłaniają każdy skrawek ciała.

Morze Martwe owiane jest też również bardzo tragiczną legendą. Tradycja głosi, że na dnie jeziora spoczywają pozostałości Sodomy i Gomory, biblijnych miast zniszczonych przez ogień, co stanowiło karę dla ich bezbożnych mieszkańców. Księga Rodzaju zawiera historię jednego z krewnych Abrahama, któremu wraz z rodziną pozwolono uniknąć zagłady, pod warunkiem, że nie będą oglądać się za siebie. Żona Lota nie mogła oprzeć się pokusie zerknięcia przez ramię i została zamieniona w słup soli. Stoi tak do dziś na południowo - zachodnim krańcu jeziora, pośród licznych solnych kolumn.